Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie mógł mnie przedtem zauważyć, ponieważ leżałem w cieniu — teraz jednak, gdy się podniosłem, zobaczył mnie w blasku ognia. Przystąpiłem doń i zapytałem.
— Czy zna mnie pojmany wojownik Komanczów?
— Tak — odpowiedział.
— Gdzie mnie widziałeś?
— W obozie Komanczów Racurroh, kiedy wystrzeliłeś ku niebu dusze ich wodzów z lufy twojej rusznicy. Najwyższym z nich był Tokejchun; życie jego syna było w twym ręku, lecz ty mu je darowałeś.
— To się zgadza. Mówisz językiem bladych twarzy dość dobrze, a więc zrozumiałeś, co dotychczas mówiono.
— Tak.
— Słyszeliście zatem, że byliście blizcy śmierci.
— Słyszeliśmy. Słyszeliśmy także i to, że Old Shatterhand przemawiał za naszem życiem.
— Zawsze to czyni. Jestem przyjacielem czerwonych wojowników i żałuję zawsze, ilekroć podnoszą tomahawki wojenne przeciw bladym twarzom. Wiem, że raz mogą zwyciężyć, ale będą tem rychlej zgubieni. Wy dowiedzcie się także, iż nie pożądam śmierci czerwonych mężów.
— Jesteśmy waleczni wojownicy i nie obawiamy się śmierci.
— Wiem o tem, ale życie zawsze lepsze od śmieci i nie byłoby to dla was chwałą, gdyby się wasz szczep dowiedział, że zwyciężono was bez żadnego oporu, a potem zastrzelono. Od waszych odpowiedzi zależy, czy daruję wam życie. Jak się nazywa wódz, któremu szczep twój podlega?
— To Vupa Umugi[1], którego jeszcze nigdy nie zwyciężono.
— Gdzie stoją wasze namioty?
— Tego nie powiem.

— Czy wasi wojownicy wyruszyli na wojnę?

  1. Wielki Grzmot.