Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie może być inaczej.
— W takim razie musi być tu gdzieś blizko.
— Jestem tego pewien.
— Czegóż się nie pokazuje?
— Musi mieć swoje powody; przecież powiadają, że nic nie czyni bez powodu.
— A więc mieliście słuszność, mówiąc, że musi być w tych stronach. Poszukajmy go!
— Poszukać? Poco?
— Bo potrzeba nam go już jutro rano, dłużej bowiem pie możemy zwlekać z wyruszeniem.
— Tego chyba nie będzie potrzeba, żebyśmy go szukali. On wie już pewnie, że czekamy tu na jego pomoc. Możecie w to wierzyć, że w sam czas się pokaże.
— Tak mówicie, jak gdyby był wszechwiedzącym. Opowiadają wprawdzie o nim rzeczy, brzmiące nieprawdopodobnie, a jednak prawdziwe, ale to także tylko człowiek i może — wiedzieć tylko to, co widzi i co słyszy.
— O, co do tego, to założyłbym się, że wie o wszystkiem, co robiliście wczoraj i dzisiaj, i o tem, co się tu stało.
— Pshaw!!
— Nie bądźcież niedowiarkiem, lecz zaczekajcie!
— Nie sprzeczajmy się, sir. Powiedzcie nam lepiej, co się ma stać z tymi jeńcami.
— Na razie nic.
— A kiedyż?
— Gdy nadejdzie Old Shatterhand.
— To zbyt nieokreślone, to wogóle nic nie mówi. Nie jestem taki pewny, jak wy, że nadejdzie, i musimy bezwarunkowo wiedzieć, co zrobić z tymi hultajami. Nie zabierzemy ich chyba ze sobą. To byłoby nam ciężarem, i to niebezpiecznym.
— Hm! Nie mogę temu zaprzeczyć.
— Puścić wolno nie możemy ich także.
— To byłoby głupotą; th’ is clear.