Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To dobrze, to bardzo dobrze! Muszę się do nieb udać, chociaż tam już raz byłem.
— Słyszeliśmy o tem.
— Well, mam do nich pilną prośbę; potrzeba mi ich pomocy. Powiem wam o tem, ale wpierw pójdę po konia, stojącego tam dalej. Zostawiłem go, zwęszywszy wasze ognisko, aby was podejść. Zaraz powrócę.
Przeskoczył przez potok i zniknął, towarzysze zaś moi stali sztywni ze zdziwienia. Gdy odszedł, zaczęli się rozpływać w wyrazach podziwu, ja zaś milczałem, jak dotychczas. Koń leżał jeszcze na ziemi, a że w ten sposób nie mógł się paść, zawołałem nań „sziszi!“. Zerwał się natychmiast i zaczął skubać trawę.
Po jakimś czasie wrócił Old Wabble, prowadząc konia za cugle. Przeskoczywszy z nim potok, puścił go wolno a sam usiadł przy ognisku i rzekł:
— Ten ogień właściwie za duży, ponieważ jednak dopiero przyszedłem i wiem, że okolica bezpieczna, możemy pozwolić mu się palić. Jak długo chcecie tu zostać?
— Tylko przez tę noc.
— Zostaniecie tu jeszcze przez jutro i przez noc następną.
— To trudno!
— Na pewno! Zaraz się dowiecie, dlaczego. Chciałbym jednak dowiedzieć się przedtem, kto wy wszyscy jesteście. Sama Parkera znam, bo zastrzelił ze mną pierwszego łosia. Kto są tamci?
Parker wymienił nazwiska a potem wskazał na mnie i rzekł lekceważąco:
— A tamten, to mr. Charley, uczony, szukający czegoś po grobach indyańskich.
Old Wabble zwrócił wzrok na mnie, leżącego spokojnie dalej i rzekł:
— Po grobach indyańskich? To szczególne zajęcie! Ale to także westman.
— Nie — mówił dalej Parker. — Musiał dzisiaj