Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czy to coś innego przyda się tu na Zachodzie. Nie chcę was jednak urazić tem, że mówię o czemś, czego nie umiecie; przeciwnie, życzę wam wszystkiego dobrego i chciałbym się wam na coś przydać. Ale przestańmy; nie jestem zwolennikiem frazesów.
Położył się i wyciągnął, jak długi.
Tamci przy ognisku rozmawiali tak głośno, że kiedyindziej nie byłbym tego dopuścił; ponieważ jednak nie wiedzieli, kim byłem, nie przyjęliby ode mnie rozkazów ani wskazówek. Nie było bynajmniej wykluczone, że Komancze znajdują się w pobliżu; wiedzieli o tem, a ja wiedziałem jeszcze lepiej po przeczytaniu kartki Winnetou. Głośna ich rozmowa była jeszcze większym dowodem nierozwagi, aniżeli rozniecenie ogniska. Blask jego mógł się przedostać przez zarośla i zdradzić nas w ten sposób. A gdyby nie to, to wprawny nos Indyanina mógł zwietrzyć o kilkaset kroków woń ognia. Postanowiłem więc mieć otwarte oczy i uszy, dopóki się ogień nie wypali.
Leżałem tak, by jednem uchem słyszeć w dal, a wzrok zapuszczałem ciągle w zarośla. Wtem zauważyłem, że koń mój przestał się paść i w znany mi szczególny sposób zwrócił w bok głowę. Wciągał powietrze, parskał z cicha i odwrócił się potem do mnie. Ktoś zbliżał się z tej strony, a ten ktoś musiał być białym. Gdyby to był Indyanin, kary nie byłby parskał. Należało to do jego indyańskiej tresury.
— Isz hosz! — rzekłem półgłosem.
Koń zrozumiał rozkaz i położył się na ziemi; ostrzegł mnie i pewnie nie okazałby już niepokoju. Ten, kto nadchodził, nie poznałby po koniu, że zbliżanie się jego zostało zdradzone.
Był to najprawdopodobniej jeden człowiek. Musiał zwęszyć ognisko i zostawił konia na boku, aby nas podejść. Obawy przed nim nie było, gdyż, przeciwnie, każda blada twarz musiała się ucieszyć spotkaniem się z białym. Należało przypuszczać, że nas podsłucha, a potem wróci po konia i przyłączy się do nas.