Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dla dzikiego Zachodu. Nie boicie się o siebie i jesteście już gotowymi ludźmi, gdyż, cokolwiekby z was być mogło, tem wszystkiem jesteście już teraz. Wyżej dojść nie możecie!
„Ben przyjął ze spokojem ten wyrok, ja jednak wybuchnąłem gniewem, co oczywiście miało tylko ten skutek, że mi Old Wabble odpowiedział:
„— Milczcie, sir! Wasz kolega trafił przynajmniej za trzecim razem, można się więc po nim czegoś spodziewać, wy zaś jesteście dla Zachodu straconym. Nie mogę was użyć i daję wam jedyną dobrą radę, żebyście się czemprędzej wynieśli.
„Zgryzło mnie to potężnie, gdyż nikt mistrzem się nie rodzi, a proch, jaki wystrzelałem aż po ów czas, nie ważył pewnie całego funta. Postanowiłem sobie w każdym razie wymusić dla siebie szacunek starego.
„Nazajutrz rano wyruszyliśmy na bagna w górach Salmon Riwer. Żywność, naczynia do gotowania, koce i inne rzeczy wpakowano na muła, a wóz, którego nie można było użyć na górskich bezdrożach, został przy namiocie. Znacie ten kraj i nie będę wam opisywał drogi. Była ona wprost niebezpieczną dla życia, szczególnie tam, gdzie Snakes-Canon tworzy kąt ostry i gdzie musi się zjeżdżać stromo w głąb, aby się po drugiej stronie dostać na ścieżkę Wihinasht. Na prawo skała niebotyczna, na lewo czarna otchłań, a w środku droga o szerokości zaledwie dwu łokci. Szczęście, zaiste, że nasze konie przywykły do takich dróg i że nie cierpiałem nigdy na zawrót głowy. Przedostaliśmy się szczęśliwie, lecz wkrótce okazało się nowe niebezpieczeństwo, którego tylko ja jeden nie uznawałem.
„Gdy mianowicie zaraz potem wjechaliśmy na ścieżkę Wihinasht, spotkaliśmy się z oddziałem z ośmiu Indyan, z których czterej byli ozdobieni piórami wodzów. Nie przestraszyli się widocznie nagłem ukazaniem się naszem i przypatrywali się nam, przejeżdżając obok nas cicho, owym melancholijnie niedbałym wzro-