Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, opowiedz! — odrzekłem, gdyż nie byłby nam dał spokoju. — Dziwiłem się temu bardzo, że Bloody Fox cię opuścił.
— Czy Fox mnie opuścić?
— Naturalnie.
— I massa Shatterhand dziwić się temu?
— Nawet bardzo.
— Masser Bob się nie dziwić.
— Tego nie rozumiesz. Wyjechaliście na polowanie?
— Tak, na polowanie.
— A więc byliście razem?
— Razem.
— Ciebie pojmano, a on uszedł?
— Tak.
— To powinien był pójść za czerwonymi, by cię ocalić. Czy próbował?
— Nie.
— W tem dowód, że nie poszedł za wami. Ilu czerwonych was napadło?
— Dziesięć, potem dziesięć i jeszcze raz dziesięć a może więcej. Bob nie dobrze liczyć.
— A więc mniej więcej trzydziestu. O ile znam Bloody Foxa, nie bałby się jechać za trzydziestu czerwonymi. Musiał bezwarunkowo starać się dowiedzieć, co z tobą poczęli lub mieli zamiar uczynić.
— A może massa Fox to przecież uczynić?
— Nie. On umie się zakradać, a jeśliby mógł cię uwolnić, potrafiłby już tego dokazać, żeby ci dać znak jakiś. Czy widziałeś albo słyszałeś coś takiego?
— Masser Bob nic nie słyszeć, nic nie widzieć.
— A więc opuścił ciebie, i to właśnie mnie dziwi, jeśli wogóle wiedział, że dostałeś się do niewoli.
— Massa Fax tego może nie wiedzieć.
— Nie? Czy tego nie widział?
— Nie.
— Ależ byliście razem!
— Ale nie masser Bob i nie massa Fox, kiedy nadejść Indsman.