Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A to sprytne! Rzeczywiście, od was można się jeszcze wiele, bardzo wiele nauczyć. Ale ta woń, ta woń! Indyanina czuć czem... czem... hm, jakby to powiedzieć? Czuć go brudem, gospodą... jednem słowem, czuć go, dzikim! Biały nie wydziela tej osobliwej woni.
— Czuć go cywilizowanym, nie dzikim? — zapytałem, śmiejąc się.
— Tak, człowiekiem cywilizowanym. Jeśli zamaskowaliście się nawet, to koń musiał poznać po woni, że nie jesteście Indsman.
— Zmieniłem właśnie tę woń.
— Nonsens.
— Tak. Jest wypróbowany środek, którym nawet można oszukać.
— Co takiego?
— To moja tajemnica..
— Nie chcecie jej powiedzieć?
— Nie, przynajmniej teraz. Powiem wam to może kiedyś później. Kto odrobinę pomyśli, znajdzie to bez mówienia.
— Tak? Macie to tylko dzięki pomyśleniu?
— Nikt mi tego nie powiedział; sam na to wpadłem. To mój własny wynalazek.
— Wynaleźliście to dopiero teraz?
— Nie, już dawno. Nie pierwszy to raz dzisiaj oszukałem konia indyańskiego. Za kilka godzin ulotni się ten zapach, a gdy potem zdejmę koc i włożę kapelusz, koń pozna się na oszustwie i będzie się bronił. Potem nastąpi w biały dzień i na otwartej preryi walka, której teraz uniknąłem, gdyż wystawiłbym był na szwank życie.
— Well, muszę wierzyć, ale pragnę rzeczywiście widzieć, jak pokonacie tego konia.
— Bardzo łatwo. Potrzeba mi tylko przestrzeni, a tej będę potem miał pod ostatkiem. Ale teraz nie gadajmy, tylko jedźmy, ażebyśmy jak najdalej znaleźli się od okolic Kaam-kulano. Puśćcie mnie naprzód, żebyście mi konia nie płoszyli!