Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stąpiła. Wyegzaminował nas, jak nauczyciel swoich chłopców, i zawezwał, żebyśmy za nim poszli.
„Mniej więcej o milę od rzeki stała chatka strażnicza na preryi, otoczonej lasem dokoła. Nazywał on to swojem rancho. Za nią było kilka otwartych bud, przeznaczonych w niepogodę dla koni, mułów i bydła, które teraz pasły się na wolnem polu. Old Wabble został mianowicie z cowboya samoistnym hodowcą bydła. Służba jego składała się z białego dozorcy Willa Littona i z kilku Indyan z plemienia Wężów, nazywanych przez niego wakerami i przywiązanych bardzo do niego. Widzieliśmy tych ludzi zajętych pakowaniem na lekki wóz płótna namiotowego i innych przedmiotów.
„— To jest coś dla was — rzekł starzec. — Chcecie strzelać łosie, a tam właśnie czyni się przygotowania do wyprawy myśliwskiej. Zobaczę, co potraficie; pójdziecie ze mną. Jeśli się na co przydacie, to możecie zostać u mnie. Przedtem jednak chodźcie do domu, gdyż, th’ is clear, głodny strzelec strzela w powietrze.
„Well, to nam było na rękę. Zjedliśmy, wypiliśmy i ruszyliśmy w drogę, ponieważ Old Wabble’owi ani się śniło odwlekać wycieczki dla nas. Otrzymaliśmy konie i pojechaliśmy najpierw ku rzece. Znaleźliśmy tam bród, przez który przejść należało. Na czele pochodu jechał stary, który chciał, żebym jechał obok niego. Prowadził obok siebie za uzdę luźnego muła. Przeprawiwszy się, widzieliśmy resztę orszaku idącą za nami: Ben Needler jechał na gniadym koniu, Will Litton na siwym, a za nimi toczył się wóz, zaprzężony w cztery konie; prowadził go jeden z Indyan. Nazywał on się Pakmuh czyli Krwawa Ręka, lecz w swojem cywilizowanem ubraniu nie wyglądał wcale tak krwawo, jak brzmiało jego miano. Współplemieńcy jego, na których stary mógł zdać się ze wszystkiem, pozostali w ranchu.
„Po drugiej stronie brodu jechaliśmy przez pewien czas rzadkim lasem, a następnie wjechaliśmy na zieloną bezdrzewną dolinę, wychodzącą na trawiastą sawannę. Gdy po kilku godzinach dostaliśmy się na drugi koniec,