Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  195  —

 — Dokąd?
 — Do Nargoleteh-tsil, gdzie spotkamy się z Apaczami. Długi Nóż zna przecież drogę.
 Czerwonoskóry, do którego zwróciłem się z tem zapytaniem, odpowiedział:
 — Znam ją dokładnie. Kiedy mamy odjechać?
 — Jutro rano, skoro tylko my wyruszymy.
 — Czy tych psów Komanczów mamy zostawić tutaj?
 — Nie; muszą zniknąć bez śladu. Komancze, dążąc na pustynię, będą tędy przejeżdżali, więc nie można ich tu także pochować, gdyż znaleźliby groby.
 — Czy zwyczajny wojownik Apaczów może Old Shatterhandowi coś poradzić?
 — Czemu nie?
 — Przywiążemy zwłoki do koni i zabierzemy je do Nargoleteh-tsil i tam je pochowamy.
 — Tak, to będzie najlepsze ze wszystkiego.
 — A do kogo należą ich konie, broń i rzeczy?
 — Do ciebie. Nam nic nie potrzeba, chyba że mr. Parker i mr. Hawley zechcą zmienić konie. W takim razie niech sobie wybiorą dwa, które im się spodobają.
 — Niech tak będzie. Ale skalpy także sobie zabiorę; oni zabraliby mój tak samo. Howgh!
 Sprawa była zatem załatwiona. Zjedliśmy i położyliśmy się spać; ponieważ nazajutrz czekała nas męcząca jazda, Parker, Hawley i Indyanin przedtem zgłosili się z gotowością stania na straży. Przystaliśmy na to oczywiście.

 Zając z dalekiego Zachodu, a szczególnie texański, jest nieco większy od naszego szaraka a uszy ma znacznie większe. W owych czasach było ich mnóstwo, gdyż na preryach żyło jeszcze tyle bawołów i wszelakiej innej zwierzyny, że westman tylko wtedy marnował kulę na zajączka, kiedy już nic innego nie było. Nigdzie nie spotykało się tyle szaraków, co nad potokiem, przeprowadzającym do Buffalo-Spring wodę z jego źródła; zresztą Buffalo Spring właściwie jest także tylko źródłem.