Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się udać. Teraz wiem, czego chcecie i dokąd dążycie!
Komancz poznał, że dał się wywieść w pole i huknął, zły sam na siebie do jeńca:
— Milcz, ropucho! Ja mogę to powiedzieć, co powiedziałem, ponieważ wiem, że nie wypaplesz tego dalej. Zabierzemy ciebie i zginiesz na palu razem z Old Shatterhandem.
— W takim razie jeszcze długo żyć będę, bo to nieprawda, że pojmaliście tę sławną bladą twarz.
— To prawda. My go mamy!
— Pshaw!
— I nie tylko jego, lecz jeszcze kilka bladych twarzy, które muszą zginąć.
— Wymień je!
— Sędziwego zabijacza Indyan, Old Wabble’a.
— Uff!
— Potem olbrzymią bladą twarz, Old Surehanda.
— Uff, uff! Dalej!
— Dalej? To nie wystarczy?
— Tak, to wystarczy. Jeśli rzeczywiście pojmaliście tych trzech wielkich myśliwców i mnie zabierzecie do waszego obozu, to nie umrę, gdyż uwolnimy się i wpadniemy pomiędzy synów Komanczów, jako cztery bawoły wpadają w zgraję wilków tchórzliwych. Old Shatterhanda nie zwyciężono jeszcze nigdy; on jest...
— On już kilkakrotnie był pojmany! — przerwał mu Komancz z gniewem.
— Ale zawsze się wyswobodził! Old Surehand to myśliwiec, który jednym chwytem ręki zadławi sześciu Komanczów; każdą po trzech. Dla niego...
— Milcz, o tym psie! — przerwał mu znowu tamten. — On jeszcze nigdy nie pokonał Komancza!
— Ponieważ nikt z Komanczów nie spotkał się z nim jeszcze! A Old Wabble, który jak burza leci przez sawannę, że nikt go nie zdoła doścignąć...
— On umrze, umrze! — krzyknął Komancz, przerywając mu po raz trzeci. — A może i nie umrze, bo