Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Komancze.
— Słusznie! Zdaje mi się, że tylko jeden z Apaczów wie o zamiarze Komanczów na Llanie, a tym jedynym jest Winnetou. Meskalerów zawiadomi o tem dopiero albo on sam, albo przez posłańca. Nie mogą jeszcze być tutaj, ani wysłać wywiadowców na Llano. Do tego należy dodać, że ich sadyby leżą stąd na południe. Gdyby wysłali wywiadowców lub posłańców prosto na Llano, droga ich nie wiodłaby tak daleko na północ.
— Sądzicie więc, mr. Shatterhandzie, że mamy do czynienia z Komanczami?
— Tak.
— A zatem wiemy, jak rzeczy stoją i...
— Stać — przerwałem mu. — To, co mówię, to więcej domysł, niż przekonanie. Musimy nabrać pewności. Rzecz to dla nas tak ważna, że nie wolno nam tracić czasu. Czy potraficie, szybko jadąc, nie stracić z oczu tego tropu?
— Co za pytanie? Czy macie mnie za ślepego?
— To wsiądźcie na konia i pocwałujcie tym tropem z pięć minut nazad! Chciałbym wiedzieć, czy biegnie prosto, czy też skręca gdzie na tej, w każdym razie dość długiej przestrzeni.
— Well, zaraz się stanie.
Wskoczył na konia i popędził tropem napowrót, w stronę, skąd przybyło tych sześciu jeźdźców. Postać jego zmniejszała się z każdą chwilą, aż w końcu, chociaż teren był zupełnie płaski, zniknął nam z oczu zupełnie. Potem wynurzył się znowu, jako ruchomy punkt, zwiększający się ciągle, aż w końcu stanął przed nami znowu w naturalnej wielkości.
— No? — spytałem go.
— Idzie sznurkiem, ciągle prosto.
— To mi wystarcza. Czy wiecie, dokąd się dojdzie, idąc tą prostą linią?
— Do Błękitnej Wody.
— Tak, do Saskuan-kui. Wódz Wupa Umugi