Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, ale kierunek. Mówiłem zresztą tylko na podstawie domysłu. O bliższych szczegółach dowiecie się, kiedy rozbijemy obóz. Winnetou wie, że pojadę prostą linią z Mistake-Canon do oazy na Llanie. Jeśli zostawił posłańca, to ten będzie na mnie czekał gdzieś na tej linii.
— A czy teraz jesteśmy na niej?
— Nie jeszcze. Aby was z matni wydobyć, musiałem zboczyć z niej do Saskuan-kui. Teraz zbliżamy się znowu do niej a za godzinę dostaniemy się na nią. Niestety, musimy znów jazdę zwolnić, gdyż Parker i Hawley nie mogą nam kroku dotrzymać. Około wieczora nadjedziemy na miejsce, zwane przez Apaczów Alczeze-czi; tam powinienby czekać na mnie posłaniec. Tam może się ukryć.
— Są tam zarośla i drzewa?
— Tak.
— Przypuszczałem.
— Czemu?
— Gdyż słowa Apaczów: Alczeze-czi znaczą tyle, co mały las.
— Wiecie to? A więc znacie ten język.
— Od biedy.
— To nam się bardzo przyda. Ale zdaje mi się, że nie byliście jeszcze nigdy na terytoryum Apaczów.
— Nie. Moje dziedziny myśliwskie leżały dalej na północy, ale przez długi czas stykałem się ze znawcami narzecza Apaczów i nauczyłem się, czego mi potrzeba. Cieszę się bardzo, że będę mógł mówić z Winnetou w jego ojczystym języku. Czy on zna mnie z nazwiska?
— Bardzo dobrze — i zdradzę wam, że ma o was wysokie mniemanie.
— Dziękuję, sir.
— Bywaliśmy razem w różnych i dalekich stronach, więc dziwne to właściwie, że ani razu nie spotkaliśmy się z wami.
— Dla mnie to zrozumiałe, a i wy także przesta-