Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mówicie to w tonie takim, jak gdyby to wymagało usprawiedliwienia, mr. Wrenie.
— Zapewne! Wszak mieliśmy się z wami udać na Llano Estacado.
— Mieliście? A mnie się zdawało, żeście chcieli.
— Tak, chcieliśmy, lecz rozmyśliliśmy się inaczej. Mam nadzieję, że nie sądzicie o nas, jakobyśmy się bali Llana Estacada?
— Czemuż miałbym tak sądzić? Czy dlatego, że zmieniliście postanowienie? Jesteście przecież ludzie wolni i możecie czynić, co wam się podoba.
— Bardzo mnie to cieszy, że tak się na to zapatrujecie. Ubolewalibyśmy, gdybyście nas mieli za nieodważnych. A więc nie macie nic przeciwko temu, żebyśmy się rozłączyli?
— Nic, zupełnie nic. Ale powiedzcie nam, kiedy ma nastąpić to rozłączenie?
— Teraz.
— Co? Teraz, zaraz?
— Tak.
— Czemu tak nagle?
— Bo nam szkoda czasu — będziemy niepotrzebnie okrążali. Wy chcecie przecież zawracać.
— Tak, to prawda. Jeśli chcecie się dostać do Rio Grande del Norte, musicie jechać dalej w tym samym kierunku.
— A ponieważ wy chcecie wracać, musimy się tu z wami rozstać. To się stać musi, chociaż bardzo nad tem ubolewamy, a ulgą będzie dla nas to, że nie weźmiecie nam tego za złe.
— Brać za złe? Ani mi to przez myśl nie przejdzie. Macie własne dobro na względzie, a to jest prawem i obowiązkiem każdego człowieka.
Old Wabble przysłuchiwał się z miną zupełnie obojętną, ale nie Parker i Hawley; twarze ich wyrażały gniewne zdumienie. Kiedy wypowiedziałem słowa ostatnie, wtrącił Parker żywo:
— Prawem obowiązkiem? Mówicie to tak