Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak długo zechcesz — odrzekłem mu. — To zależy całkiem od waszego upodobania.
— Czemu Old Shatterhand nie mówi wyraźniej? Czemu nie powie oznaczonego czasu?
— Bo nie mogę tego uczynić. Nie jesteśmy wrogo usposobieni dla czerwonych mężów i chcielibyśmy zawsze być z nimi w przyjaźni, lecz wiemy, że oni nie myślą tak samo, jak my, i musimy im to zostawić. Dopóki dochowają pokoju z nami, będzie i u nas także topór wojenny zakopany.
— Uff! Jak długo pozostaną biali mężowie w tych stronach?
— Wyruszymy natychmiast.
— Dokąd?
— Zapytaj wiatru, dokąd wieje! Wieje to tu, to tam. Tak samo jest z myśliwcem Zachodu, który nigdy nie może powiedzieć, gdzie znajdzie się jutro.
— Old Shatterhand omija moje pytanie.
— Odpowiedź moja taka sama, jaką byłaby twoja, gdybym ciebie o to zapytał.
— Nie, gdyż powiedziałbym ci prawdę.
— No, to spróbujmy. Jak długo pozostaną czerwoni wojownicy tutaj, nad tą Błękitną Wodą?
— Jeszcze przez kilka dni. Przybyliśmy tu ryby łowić, a skoro to zrobimy, odejdziemy.
— Dokąd potem pojedziecie?
— Do domu, do naszych żon i dzieci.
— Czy twierdzisz, że to jest prawda?
— Tak.
— Bądź więc rozumnym i postąp wedle słów twoich. Każde kłamstwo podobne do łupki orzecha, której rdzeń tworzy kara. Powiedziałeś, że nie boisz się Old Shatterhanda; nie masz też powodu obawiać się go, chyba, że zmusisz go do rachunków ze sobą. Powiedziałem. Howgh!
Zrobił dumnie odpychający ruch ręką i odszedł, a jego ludzie za nim. Towarzysze chcieli mówić o jego zachowaniu się i jego słowach, ale przerwałem im: