Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bo nie moglibyście, mając już dawno jego nóż w brzuchu.
— Oho!
— Tak jest! Jakie wy macie uszy?
— Patentowane; th’ is clear.
— No, to szkoda pięknego patentu, bo uszy nic nie warte! Leżeliście cicho, dokoła nic się nie ruszało, a jednak nie słyszeliście mego nadejścia. A gdyby to zamiast mnie był który z Komanczów?
— To usłyszałbym go, gdyż nikt inny nie mógłby tak bez szmeru się zbliżyć. Czy zrobiliście dobry interes, sir?
— Jestem zadowolony.
— Ja także.
— Coście podsłuchali?
— Na pozór mało, ale właściwie bardzo wiele. Old Surehanda strzegą tylko dwaj ludzie.
— Gdzie?
— Aha; chcielibyście to wiedzieć?
— Oczywiście.
— Bardzo wierzę. Ale, gdyby mnie nie było, nie dowiedzielibyście się o tem.
— Nie wmawiajcie tego w siebie, mr. Cutterze! Nie potrzebuję was do tego, bo wiem o tem tak samo dobrze, jak wy.
— No, to gdzie on jest?
— Tam, na wyspie.
— Domyślaliście się tego już przedtem, ale to właśnie tylko domysł.
— To pewność, bo słyszałem to z ust wodza, Wupa Umugi.
— Mówił o tem?
— Tak.
— To osioł! Myślałem, że zrobię wam wielką przyjemność, gdy wam powiem, że przypuszczenie nasze jest słuszne.
— Nie martwcie się tem, sir. Czego dowiedzieliście się jeszcze ponadto?