Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Brzmiało to jak grzmot, tylko nie tak silnie. Czyżby to był ogień karabinowy? Chcąc zejść w dół z wielbłądami, musieliśmy zatoczyć łuk, poczem wąską szczeliną między skałami, niby rynną, zjechaliśmy na dno wąwozu.
To, co teraz ujrzałem, krew mi w żyłach ścięło. Wszyscy łowcy niewolników, z wyjątkiem jednego, leżeli pod skałą długim szeregiem martwi, a naprzeciw nich stał jeszcze szereg żołnierzy, którzy dokonali egzekucji. Emir i porucznik zajęci byli badaniem zastrzelonych, czy w którym z nich nie zostało jeszcze czasem życia. A zatem ów grzmot, który przedtem słyszałem, to była salwa.
Reis effendina, widząc mnie nadchodzącego, przystąpił do mnie wskazał na trupy i rzekł!
— Oto leżą ci, którzy nie chcieli, żeby ich sądzić według prawa pustyni. Przypuszczali, że się ocalą w ten sposób, lecz ja przybyłem tu, ażeby karać, ażeby wykonać sprawiedliwość, nie zaś poto, żeby tym mordercom dać możność wykupienia się złotem z rąk naszych sędziów.
— Dlaczego jadnak wszystkich kazałeś stracić? — zapytałem, nie mogąc się oprzeć uczuciu zgrozy. — Mogłeś wszak ukarać uwodzicieli, a z uwiedzonymi postąpić łagodniej.
— Tak? Mogłem to uczynić? — spytał

74