Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ ten Ben Menelik jest naszym gościem! Pił z nami wodę i jadł daktyle przez ciebie podane.
— Ale nie z mojej ręki! Przyjaźń wiąże mnie tylko z tym, któremu sam podam dar pozdrowienia. To, co ktoś drugiemu daje, mnie wcale nie obowiązuje. Skoro burmistrz dał mu wodę i daktyle, to on zawarł z nim przyjaźń, nie ja. Ten Ben Menelik jest dla nas wciąż jeszcze tak obcy, jak przedtem, nie widzę więc najmniejszego powodu, abyśmy go mieli teraz oszczędzać. Czy mam słuszność, czy nie?
— Przekonałeś mnie najzupełniej. Chłopiec musi milczeć na zawsze — niech więc umiera!
— Byłem pewny, że się ze mną zgodzisz, i dlatego wyprowadziłem cię tutaj, ażeby z tobą pomówić. Musimy go jednak sami usunąć, bo między naszymi ludźmi mógłby się znaleźć ktoś taki, coby się za nim ujął; wszyscy bowiem wiedzieli, że wprawdzie nie bezpośrednio, bądź co bądź jednak dar pozdrowienia ode mnie otrzymał.
— To mądra myśl; jestem gotów czynić wszystko, co mi każesz. Powiedz mi tylko, w jaki sposób zabierzemy się do dzieła? Bez hałasu trudno to będzie uczynić. A co powie burmistrz, gdy zobaczy, że zamordowano mu towarzysza?
— Zamordowano? Tę myśl trzeba od niego odsunąć! Musimy się wziąć do rzeczy bardzo

13