Strona:Karol May - La Péndola.djvu/92

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    piery i, ucałowawszy ją, opuścił statek, który też wkrótce wypłynął z portu.
    Pogoda pyła piękna, podróż sprawiała rozkosz prawdziwą. W dzień siedziała Amy na pokładzie, wieczorami zaś lubowała się przepychem i świeżością wód zachodnio-indyjskich. Morze lśniło jak alabaster. Przez kryształowo czystą wodę widać było dno, pełne przedziwnych zwierząt i roślin. Za statkiem szła od księżyca cudowna poświata.
    Droga prowadziła przez kanał Yukatański i Karybijskie morze. Po prawej stronie ciągnął się Honduras, po lewej leżała wyspa Kuba. Nareszcie zbliżyli się do Jamajki. Aby dotrzeć do tej stolicy Kingstonu, trzeba, jak wiadomo, przepłynąć nad niebezpiecznemi bardzo rafami koralowemi, o które rozbił się już niejeden statek.
    Było przedpołudnie. Słońce nie stało jeszcze wysoko; można było patrzeć w wodę, nie narażajac się na ból oczu, który wywołują w południe zbyt silne promienie słońca. Jeden z marynarzy zameldował, iż widać na morzu jakiś żaglowiec. Gdy łódź zbliżyła się nieco, stwierdzono, że jest to jacht parowy, który rozpiął żagle.
    Kapitan rzekł do Amy:
    — Co to za łódka djabelska. Pędziz zawrotną szybkością. Niech pani spojrzy.
    Amy weszła na dziób okrętu, by się przyjrzeć jachtowi. Torpedowiec, na którym się znajdowała, dał strzał armatni, by się jacht zatrzymał.
    — Co to za łódź? — zapytał oficer, pełniący służbę.
    — Jacht prywatny „Roseta“ — brzmiała odpowiedź.

    90