Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Doczekaliśmy się nareszcie zmiany straży. Rozmawialiśmy pocichu, co nie uszło uwagi draba, bo wnet otworzył drzwi i począł wymachiwać w powietrzu rzemiennym batem, wymyślając nam przytem od giaurów i psów chrześcijańskich Musieliśmy milczeć. Niebawem dały się słyszeć na górze wyraźne głosy komendy. Biegano po pokładzie, spuszczano liny, zwijano żagle. Zbliżaliśmy się do maijeh Po pewnym czasie zauważyłem, że skręciliśmy z głównego koryta wbok, a gdy wyjrzałem przez otworek w ścianie, było zupełnie ciemno, i nie dostrzegłem nawet gwiazd na horyzoncie, co znowu naprowadziło mnie na myśl, że wjechaliśmy zapewne pod baldachim rozłożystych drzew, wznoszących się nad zatoką Za chwilę rozjaśniło się. Na brzegu zobaczyłem ognisko, a tuż obok stał jakiś człowiek, który wołał głośno:
— Tutaj! Zrzućcie linę, a zaczepię ją o pień drzewa!
Przystań była tak dogodna, że nie zarzucano nawet kotwicy, lecz zapomocą lin przysunięto okręt do samego brzegu poczem spuszczono wdół drabinę, po której schodzili ludzie z pokładu.
Ściana, o którą się oparłem, dotykała brzegu, i mogłem przez dziurkę widzieć stosunkowo wiele, reszty zaś trzeba było się domyśleć Gdy okręt był już dostatecznie umocowany, zeszli prawie wszyscy na dół, i należało się spo-

92