Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Tędy! — ozwałem się; — chwyćcie wiosła, znam już drogę!
Przeprawiliśmy się całkiem swobodnie i lekko przez tę szyję i ujrzeliśmy nagle otwartą rzekę, a ponad głowami jasne, gwiaździste niebo.
— Allahowi niech będą dzięki! — odetchnął sternik.— Już ogarniała mnie trwoga, bo gdybyśmy nie znaleźli wyjścia, to mógł nas Ibn Asl dogonić i schwytać nanowo.
— Nie tak łatwo — odrzekłem. — Nie natrafiwszy na rzekę, bylibyśmy w ostatecznym razie wylądowali i skryli się w gąszczy leśnej; niechby nas Ibn Asl szukał do sądnego dnia. No, ale lepiej w każdym razie, że wypłynęliśmy na pełną rzekę; mamy teraz wolną drogę do reisa effendiny.
— Gdzie chcesz go szukać? Myślisz, że on jeszcze siedzi koło dżezireh Hassania?
— Tego już wiedzieć nie mogę dokładnie. Przedewszystkiem musimy się bardzo śpieszyć. Skąd mamy dziś wiatr?
— Prawie prosto z południa.
— Wiatr ten jednak był tak lekki, że ledwie mogliśmy zauważyć dokładnie jego kierunek, ale mimo to sprzyjał nam doskonale. Wznieśliśmy zaraz maszt i rozpięli żagiel. Ponieważ stary Abu en Nil był już dosyć zmęczony, posadziłem go u steru, a sam z Ben Nilem zabrałem się do wioseł.

105