Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


najpoważniejszym człowiekiem na kuli ziemskiej... to jest poprostu mój zawód...
— Wynoś się...
— Znowu boli... Ty sobie ciągle mów: wynoś się! wynoś się Almanzorku! tylko nie bierz tego na serjo, ja się nie obrażę...
Robert przymrużył z bólu oczy i kołysząc głową na obie strony, powtarzał wciąż machinalnie a śpiewnie w różnej tonacji: Wynoś się... wynoś się... wynoś się! Robił przytem rękami ruchy rozpaczliwie łagodne a przecież zakrzywiał palce, jakby grabiami co zgarniał.
— Almanzorze, zmiłuj się, idź po policjanta... Żeby tak długo w nocy grać... Zwarjowała! I ciągle to samo... ciągle tu się myli... słyszysz? ciągle tu się myli... nu, nu, dalej, wole!.. Nie, przez to nie przelezie... A to muzykalność! Ale wytrwała szelma!
— Robku!
Pauza.
— Ja jej jutro mordę rozwalę! — wrzasnął nagle Robert zajadle.
Almanzor wpatrywał się w niego wzrokiem świadczącym o jakiejś podziemnej robocie myśli.
— Powiedz mi, Almanzorze — mówił Robert na chwile uspokojony — czy to możliwe, żeby fale powietrza, wzbudzane przez grę na fortepianie, rozchodziły się naokoło kręgami i potrącały o moje zęby?
— To jest imaginacyjna hipoteza człowieka zdenerwowanego. Akustyka...
— Bierz djabli akustykę! Ja ci powiadam, że tak jest i basta. Ona wprost nie na klawiszach, lecz na moich zębach gra.
— Na twoich... zębach?... Oho... Oho...