Strona:Karlinscy.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
ODSŁONA IV.




Obóz austryacki w okopach starego zamku. Ruch obozowy — ludzie wojenni przechodzący — na środku leży na wznak Izydor rozkrzyżowany, za ręce i nogi przykuty.


JEDEN z ŻOŁNIERZY.

Pochylił głowę — pot mu z czoła spada —
Może łzy — czoło odwrócił i zasnął —

STARY ŻOŁNIERZ.

Takiego syna zostawiłem w domu —

DRUGI.

Zasnął — niech spocznie — nasz wódz człek bez trzewiów —

INNY.

Pragnie się wyżej posunąć w swym stopniu,
Im głębiej zepchnie — tem się sam wyniesie!

INNY (zakładając ręce na tył przypatruje mu się)

Dziwne, że on też tak dużo wytrzymał,
Mnie by już dawno diabli byli wzięli —
Z samego strachu — he — he — he, ciekawy!...
(odchodzą)

IZYDOR (sam)

Przeszli — o! gdyby zasnąć choć na chwilę...
Ojcze mój!... matko!... co się z wami dzieje!...
O matko! czuję łzy twe jak mi na pierś
Padając palą... jak ogień! o Maryo!...
Ja wiem że ty mnie długo nieprzeżyjesz —