Strona:Karlinscy.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
KARLINSKA.

Księżyc przez białą zasłonę — od okna
Na twarz jej świecił, i z białej pościeli
Podniosła główkę, jak czyści anieli,
Taki na twarzy miała uśmiech boski
Lecz na obliczu wyraz dziwnej troski —
Złożywszy ręce na pierś, Izydora
Mówiła imię...

KARLINSKI.

A to chwała Bogu
No, i cóż dalej?

KARLINSKA.

Kiedym się zerwała,
Wzięła jej rękę, patrząc czy nie chora,
Zbudzona — padła u nóg z głośnym płaczem
I spać nie mogła do rana —

KARLINSKI.

To moja
Córka.. bo kiedy ojciec jej pod Pskowem
Oddawał ducha, to mnie ją polecił,
I poprzysiągłem ja, przyjacielowi,
Że ją jak córkę wychowam, by nigdy
Na myśl nie przyszło jej, że jest sierotą!...
I dochowałem jak mogłem!

KARLINSKA.

Lecz kiedyż
Hetman już syna odeszle — mój mężu,
Znów chmurzysz czoło, choć się sam radujesz?

KARLINSKI.

Będziemy o tem mówić moja Panno,
Trzeba mi pierwej chłopca wypróbować —
Jakie tam serce, krew jaka i dzielność,
A kiedy wróci, nieodrazu wszystką
Czułość nań wylać — rozumiesz? nie wszystką!