Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


można tylko tem, że pan tak samotnie, tak na własną rękę chodził po świecie.
Twardowski wyraził zdziwienie, że istnieje na świecie taka potężna organizacja, o której on nic nie wiedział. Prawda, że siedział w książkach i zajmował się przedmiotem, niewymagającym związku z życiem.
Culmer zaczął wymownie wykładać cele i zadania tej organizacji: jak popiera ona wszędzie prawdziwy postęp, broni sprawiedliwości, opiekuje się słabymi, walczy z gwałtem i przemocą, tępi obskurantyzm, uczy kochać ludzkość, bez względu na różnice ras i wyznań i t. d., i t. d.
Twardowski wyglądał na zachwyconego.
— Teraz przechodzę do najważniejszego — mówił Culmer. — Pan zajmuje się nauką... Ale żeby pan był człowiekiem nawet genjalnym i pracował przez całe długie życie, zawsze pan zostanie w granicach wiedzy dostępnej dla ogółu, dla tłumu. Zawsze niedostępna będzie dla pana wiedza wyższa, wiedza wybranych, wiedza o tem, co zawsze dla tłumu było cudem. Zwłaszcza w dziedzinie pańskiego przedmiotu, psychologii.
Do Twardowskiego już próbowali tak mówić niektórzy ludzie zagranicą. Traktował ich jak szarlatanów. Tym razem postanowił słuchać z udaną powagą.
— Skądże wy tę wiedzę macie? — zapytał.
Culmer zaczął mówić prawie rytmicznie, jakby deklamował jakiś wyuczony poemat. Twarz mu się zmieniła, oczy, utkwione w Twardowskiego, nabrały dziwnego wyrazu...
Twardowski to znał: widział podobne operacje w pracowniach i klinikach.
— Nie wiedziałem — rzekł do siebie w duchu — że pan mecenas Culmer jest także hipnotyzerem. Zobaczmy, jak on to robi...
Culmer w najmiejszej mierze nie podejrzewał, że ma przed sobą człowieka z rozległą i gruntowną wiedzą o duszy ludzkiej w rozmaitych jej odmianach i stadjach rozwojowych, o reakcjach między duszami jednostek: o sugestji, hipnotyzmie, telepatji, wreszcie o dziejach duchowych ludzkości. Nie wiedział, że ten młody psycholog studjował autorów starożytności, najdawniejsze dokumenty pisane, i że wie dobrze, co mówią o przeszłości człowieka szczątki, pozostałe po dawnych cywilizacjach, spod powierzchni ziemi wydobyte.
Temu człowiekowi, operującemu wszystkiemi wiadomościami, zdobytemi przez sumienne, metodyczne badania, deklamował niezdarną opowieść, będącą zlepkiem starych podań Wschodu, wytworów fantazji indywidualnej, starych i względnie nowych, ale jednych i drugich z czasów, kiedy ludzie mieli bardzo mętne pojęcia o prawach, rządzących przyrodą i historją.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ten słuchacz, trzeźwy, zimny, krytyczny, śmieje się w duchu z dzisiejszego człowieka, niby inteligentnego i wykształconego, który może z powagą podobne brednie powtarzać.
Plótł duby smalone o Atlantydzie, o jakiejś genjalnej rasie ludzi, która żyła na ziemi przed setkami tysięcy lat, o wiedzy przez nich posiadanej, o ich pozostałych potomkach, którzy tę wiedzę odziedziczyli i zazdrośnie jej strzegli przed tłumem, przed niższym gatunkiem ludzi. Mówił o Indjach, o których odleglejszej przeszłości nikt nic, prócz wybranych, nie wie, o kapłanach egipskich i chaldejskich, których tajemnice nikomu z tłumu nie są znane, o przechowywaniu tych tajemnic przez mędrców Izraela, o przedostaniu się tej wiedzy do Europy, raz w czasach greckich, w czasach Pitagorasa oraz misterjów eleuzyńskich i orfickich, później, pod koniec wieków

59