Strona:Juljusz Verne - Dwaj Frontignacy.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Marcandier.
Nic dziwnego. Tak długo bawiłeś pan w Marsylii... dla załatwienia interesów...
...obecnie powracasz — a pani Roquamor daje bal, abyś pan mógł zawiązać na nowo znajomości ze światem paryskim... powoli, powoli, zapoznasz się z czasem ze wszystkimi.
Imbert.
Musisz pan być zadowolonym widząc jak panią Roquamor podziwiają, jak jej nadskakują... ilu ma wielbicieli.
Marcandier (cicho)
Bądź że pan cicho! On zazdrosny jak tygrys.