Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żyłem te duże słonie, których trąby ruszały się pod drzewami, jak legjon wężów. Słyszałem szmer ich długich kłów, których kość rozdzierała najstarsze pnie drzew.
Gałęzie trzeszczały, a liście, wyrywane w niezmiernej ilości, ginęły w ogromnych paszczach tych zwierząt.
A więc marzenie ujrzenia tego świata przedhistorycznego zostało spełnione!
A my byliśmy tu sami, we wnętrzu kuli ziemskiej, na łasce dzikich mieszkańców!
Stryj mój patrzał na to widowisko.
— Chodźmy tam! — wołał, chwytając mnie za rękę — chodźmy!
— Nie! — wykrzyknąłem z mocą — nie! Jesteśmy bez broni! Cóż poczniemy pośród tych dzikich zwierząt? Chodź, stryju, chodź! Uciekajmy! Żadne stworzenie ludzkie nie może walczyć ze złością tych potworów!
— Żadna istota ludzka! — powtórzył stryj, zniżając głos. — Mylisz się, Axelu! Patrz! patrz lko! Zdaje mi się, że spostrzegam istotę ludzką! Istotę do nas podobną. człowieka.
Patrzałem, wzruszając ramionami... Ale musiałem przyznać rację stryjowi.
Rzeczywiście, na przestrzeni ćwierci mili,