Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Im głębiej schodzę, tem większą mam nadzieję.
Skład tego wulkanicznego gruntu zupełnie zgadza się z teorją Davy’ego.
Jesteśmy teraz w gruncie, utworzonym z metali roztopionych przy zetknięciu powietrza z wodą. Zobaczymy, co będzie dalej.
Po trzech godzinach marszu w dół, jeszcze nie widziałem dna komina.
Schodziliśmy bezustannie. Czułem, że chyba jesteśmy niedaleko dna, gdyż kamienie, spadające wskutek uderzenia naszemi nogami, miały odgłos szybszego spadania w otchłań.
Czternaście razy powtarzaliśmy schodzenie na dół co pół godziny.
A więc spuszczaliśmy się na sznurze siedem godzin, odpoczywaliśmy czternaście razy po kwadransie, czyli trzy i pół godziny.
Zużyliśmy więc dziesięć i pół godziny. Wyruszyliśmy z wierzchołka o 1-ej, była więc dwunasta godzina w nocy. Co zaś do głębokości, jakąśmy przebyli, to te czternaście manewrów sznura po dwieście stóp, stanowiły dwa tysiące osiemset stóp.
W tej chwili dał się słyszeć głos Jana:
— Zatrzymać się!
Zsunąłem się omal nie na głowę stryja.
— Jesteśmy u celu — odezwał się stryj.
— Gdzie jesteśmy? — spytałem.