Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widocznie uważały się za bezpieczniejsze przy ludziach i dlatego trzymały się pobliża domu.
W godzinę potem Paulina Barnett zauważyła ślady, które Magdalena przyjęła za odciski stóp zwierzęcych, czemu stanowczo sprzeciwiła się podróżniczka.
— Nie, to są ślady stóp ludzkich, — rzekła do Magdaleny — musimy iść tą drogą, może napotkamy kogo w tej stronie.
Poszły i po chwili Paulina Barnett ukazała odcisk jakiegoś ciała na śniegu, najwidoczniej padł ktoś tutaj, nawet wyraźnie odciśnięta była ręka.
— Ręka kobiety lub dziecka! — zawołała Magdalena.
— Tak, — odparła podróżniczka, — dziecka lub kobiety, znużonej, cierpiącej, idącej ostatkiem sił... upadającej...
Uniosła się i poszła... Patrz! ślady prowadzą dalej...
— Ale kto to? kim mogła być ta istota? — spytała Magdalena.
— Któż to odgadnie? Może był tu ktoś, tak samo, jak my na tej wyspie uwięziony? A może burza wyrzuciła rozbitka... Przypomnij sobie, co mówił porucznik. Ten ogień, ten krzyk... Pójdźmy Magdaleno, może zdołamy kogoś uratować!..
I Paulina Barnett, pociągnęła z sobą swą towarzyszkę, kierując się wciąż śladami, między któremi zauważyła i krople krwi.
Ślady doprowadziły do przylądka Eskimosów, ale naraz urwały się, była tylko jakby wązka ścieżka wygładzona czemś na śniegu. Widać było gdzieniegdzie