Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pani energja, świetny humor, pogodne usposobienie sprawiły, żeśmy mieli zapał, żeśmy nie upadli pod ciężarem ciężkich doświadczeń i pani to dziękuję w imieniu mojem i wszystkich mych towarzyszy!
— Zapewniam pana, panie Hobson, że pan przesadza...
— Nie, nie przesadzam, i to co ja mówię w tej chwili, powtórzą wszyscy
Ale pozwól pani zapytać o pewną rzecz.
W czerwcu, kapitan Craventy przyśle do nas żywność, a ci, co do nas przyjadą zabiorą cały transport naszych futer.
Prawdopodobnie i nasz astronom Tomasz Black wyruszy z tą ekspedycją do kraju.
Czy szanowna pani zechce z nim od nas odjechać?
— Czy mnie pan chce odesłać, panie Hobson? — zapytała uśmiechając się podróżniczka.
— Ach! pani...
— A więc, mój poruczniku, — odparła Barnett, wyciągając dłoń do Hobsona, — proszę pana serdecznie o pozwolenie spędzenia jeszcze jednej zimy w porcie Nadzieja.
Na rok przyszły pojadę z Kampanją drogą na zatokę Behringa.
Porucznik zachwycony był tem, co odpowiedziała podróżniczka. Żywił do niej gorącą sympatję i nawzajem był przez nią darzony życzliwością i serdecznem zaufaniem.
Dwudziestego stycznia skończyła się noc pod biegunowa. Po raz pierwszy ukazało się na chwilę słońce i powitane zostało wesołemi okrzykami podróżnych.
Od tej pory długość dnia poczęła wzrastać.