Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Najwięcej przelatywało kaczek edredońskich, krzycząc przeraźliwie, prześlicznych ze swem biało-złocistem pierzem.
Z innych ptaków widać było unoszące się w powietrzu gwizdale, arlekiny, stare baby, sokoły i szare o popielatej piersi i dziobie i łapkach błękitnych, oczach pomarańczowych. Gniazda tych ptaków przyczepione były do drzew olbrzymich i miały formę dużego tomu książkowego.
Upolowano parę dużych ptaków i co najważniejsze, zabito sobola.
Zwierzę to było niegdyś bardzo ponętne dla Chińczyków, Rosja dostarczała im futer tych w ogromnej ilości.
Po trzech godzinach przechadzki po okolicy wrócono do domu, gdzie czekała na nich wspaniała wieczerza, złożona z ryb i świeżego mięsa.
Po kilkugodzinnej pogawędce udano się na spoczynek, a nazajutrz o godzinie piątej rano Paulina Barnett i Hobson byli już do podróży przygotowani.
Namawiano i Tomasza Blacka, aby pojechał do Indjan, ale astronom wolał pozostać w porcie i nocami obserwować planety. Pogoda była piękna, gdy dwaj podróżni i przewodnik ich Norman wsiadali do rybackiej łodzi, aby przeprawić się przez jezioro.
Podróż ta raczej zwaćby się mogła przejażdżką, tak była niesłychanie przyjemna.
Po trzech godzinach jazdy zbliżano się już do miejsca, gdzie się miano zatrzymać. Wyjechano z portu o godzinie szóstej rano, a już o dziesiątej zatrzymano się na ziemi Indjan.