Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale, jakkolwiek dotąd szczęście sprzyjało Jamesowi Burbankowi i jego towarzyszom, w drugiej połowie tego dnia mieli powody lękać się przeszkód nie do przezwyciężenia.
Posiliwszy się w południe, ruszyli dalej w zwykłych warunkach. Nie było widać nic nowego; napotykali tylko duże bagniska do omijania i strumyki, przez które, brodząc, mieli wody po kostkę. Słowem, te niewielkie zawady prawie nie przysparzały drogi.
Jednakże około czwartej nad wieczorem Mars zatrzymał się nagle; a gdy go towarzysze dogonili, pokazał im ślady kroków, wyciśniętych na ziemi.
— Nie można wątpić, że niedawno przeszła tu gromada ludzi — odezwał się James Burbank.
— I to liczna gromada — dorzucił Edward Carrol.
— Zanim coś postanowimy, należy zbadać, z której strony wyszły te kroki i w którą zmierzały — powiedział Gilbert.
Wzięto się pilnie do dzieła.
Na przestrzeni pięciuset yardów ku wschodowi można było śledzić te odciski kroków, ciągnące się i dalej; ale dłuższe podążanie za temi śladami zdawało się zbyteczne. Kierunek ich dostatecznie wskazywał, że gromada, złożona ze 150 do 200 ludzi, opuściwszy wybrzeże Atlantyku, przeszła niedawno przez tę część gaju cyprysowego. W zachodniej stronie ślady zmierzały wciąż ku zatoce meksykańskiej, na poprzek półwyspu Florydy, który w tej szerokości