Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiał. Wzrost miał wysoki, włosy zaledwie szpakowate, twarz nieco surową, lecz otwartą i budzącą zaufanie. Spiczasta bródka na sposób Amerykanów z Północy, bez faworytów i wąsów, czyniła zeń typ jankesa z Nowej-Anglii. W całej plantacyi był on kochany jako prawy i zacny człowiek. Murzyni byli mu szczerze oddani, on zaś wyczekiwał niecierpliwie okoliczności, które mu pozwolą ich wyzwolić. Jego szwagier, prawie jednych z nim lat, zajmował się wyłącznie rachunkowością w Camdless-Bay. Edward Carrol doskonale rozumiał go pod każdym względem i podzielał jego zapatrywania się na kwestyą niewolnictwa.
Jeden więc tylko rządca Perry był odmiennego zdania w tym światku. Jednakże, zacny ten człowiek bynajmniej nie obchodził się źle z niewolnikami. Przeciwnie, starał się nawet, żeby byli szczęśliwi, o ile ich położenie na to pozwalało. „Ale — mówił on — są okolice w krajach gorących, gdzie roboty rolne mogą być wykonywane tylko przez murzynów; a jakżeby murzyni nie byli niewolnikami“.
Taką miał on teoryą, której bronił przy każdej sposobności. Widząc, jak losy sprzyjają przeciwnikom niewolnictwa, Perry był w rozpaczy. Piękne rzeczy będą się działy w Camdley-Bay, mówił, — gdy Burbank wyzwoli swoich murzynów.
Powtarzamy raz jeszcze, że był to zacny człowiek i bardzo odważny. Gdy James-Burbank i Edward Carrol przystali do oddziału milicyi nazywanego „mi-