Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ralne musi tu zawitać w obronie prawa, albo będziemy zmuszeni opuścić nasze plantacye.
— To się nie może przeciągnąć dłużej jak kilka dni, mój drogi Burbonku, — odpowiedział Wolter Stannard. Onegdaj, kiedym wyjeżdżał z, Jack Souville, umysły zaczynały się niepokoić projektami przypisywanemi Romodorowi Dupont, który chce podobno przejść wąwozy Saint-John. Pogróżka ta była pretekstem do pogłosek, by przeciw tym, którzy nie są zwolennikami niewolnictwa. Lękam się bardzo, żeby jakie zamieszki nie obaliły obecnych władz miejskich na korzyść indywidyów najlichszego gatunku!
— Nie dziwiłbym się wcale, odpowiedział James Burbonk. Dla tego to musimy być przygotowani, na ciężkie przeprawy w chwili, gdy się zbliży armia federacyjna!... Ale niepodobna ich uniknąć.
— Cóż robić, zresztą? rzekł Walter Stannard. Jeśli w Jacksonville, a nawet na innych punktach Florydy znajduje się pewna ilość osadników tak myślących o kwestyi niewolnictwa, jak my myślimy, to liczba ich nie jest dosyć wielka, żeby mogli stawiać opór nadużyciom tecesyonistów. Myśmy powinni rachować dla bezpieczeństwa swego tylko na przybycie federalistów, i jeśli ich interwencya ma następić, byłoby do życzenia, aby nastąpiła prędko.
— Tak... niechaj przyjdą! wykrzyknął James Burbonk i niech nas wyzwolą od tych łotrów.
— Okaże się niezadługo czy ludzie z północy których sprawy familijne lub majątkowe zmuszały żyć