Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


własnością, od poprzedniego dnia. Jakie też krzyki rozpaczy i wściekłości odpowiedziały na wycie bandy! Ci złoczyńcy, zalawszy Camdless-Bay, zniweczyli ich mienie.
Wrzaski zbliżały się zwolna do Castle-House. Złowroga łuna oświetlała widnokrąg od północy, jak gdyby słońce zaszło w tym kierunku. Niekiedy, gorący dym sięgał aż do zamku; z głuchym hukiem trzaskało suche drzewo, nagromadzone w warsztatach plantacyi. Nie zadługo nastąpił silny wybuch: kocioł wyleciał w powietrze. Należało się lękać strasznego zniszczenia.
W tej chwili, James Burbank, Edward Carrol i pan Stannard, znajdowali się przed bramą zewnętrzną, gdzie ustawili ostatnie oddziały murzynów, którzy cofali się tam zwolna. Lada chwili należało się spodziewać pojawienia się napastników. Prawdopodobnie częstsze wystrzały miały zapowiedzieć ich zbliżanie się do palisady. Tem łatwiej mogliby ją atakować, że pierwsze drzewa grupowały się najwyżej o 50 yardów od palisady, można więc było zbliżyć się do niej pod tą osłoną.
Po wspólnej naradzie, James Burbank i jego przyjaciele, uznali za właściwe, ukryć swoich ludzi za palisadą; stamtąd bowiem murzyni mogli strzelać z mniejszem dla siebie niebezpieczeństwem. Prócz tego, gdyby napastnicy próbowali przebrnąć kanał, żeby przemocą opanować Castle-House, możeby się udało ich odeprzeć.