Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ogólnego kształtu, to można ją porównać z ogonem bobra, który moknie w Oceanie, pomiędzy Atlantykiem na wschód i zatoką meksykańską na zachód.
Floryda nie ma zatem sąsiadów, z wyjątkiem Georgii, której granica ku północy styka się z jej granicą. Granica ta tworzy międzymorze, łączące półwysep z lądem. W ogóle, Floryda ma wygląd krainy odrębnej, nawet dziwacznej, ze swymi mieszkańcami, którzy są nawpół Hiszpanie, nawpół Amerykanie i z Indyanami Seminoles, tak odmiennymi od swych rodaków z Far-Westu.
O ile Floryda jest jałowa, piasczysta, otoczona wydmami, utworzonemi przez stopniowe wrzynanie się Atlantyku w wybrzeże południa, o tyle urodzajność jej zdumiewa na płaszczyznach północnych. Nazwę swoję ten kraj usprawiedliwia zupełnie: flora, jest tam wspaniała, bogata i wielce urozmaicona. Pochodzi to zapewne ztąd, że ta część terytoryum zraszana jest rzeką Ś-go Jana. Rzeka ta toczy swe nurty szeroko, z południa ku północy, na przestrzeni dwustupięćdziesięciu mil, z których sto siedm aż po jezioro Jerzego przydatne są do żeglugi. Ma ona długość, której brakuje rzekom poprzecznym, a to dzięki jej kierunkowi na wschód. Rzekę tę wzbogacają liczne dopływy, mieszając się w niej z sobą w głębi mnogich zatok obu jej wybrzeży. Saint-John jest jednak główną arteryą kraju; ożywia go swemi wodami, tą krwią, która płynie w żyłach ziemi.