Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uchwycił się drabiny sznurowej i wdrapał na sam szczyt masztu, gdzie zawieszony na belce przez kilka minut badał widnokrąg z największą uwagą, potem spuścił się powoli na pokład i wrócił do nas.
Zapytujemy go wzrokiem.
— Ziemi nie widać! — odpowiedział spokojnie.
Pan Kear zbliża się i zagniewanym głosem pyta:
— Gdzie jesteśmy, panie kapitanie?
— Dotąd nie wiem jeszcze.
— Pan powinieneś wiedzieć — głupio odezwał się nafciarz.
— Niech i tak będzie, ale nie wiem!
— Otóż ja panu mówię, rozumiesz pan, że nie myślę wiekować na pańskim okręcie i wzywam pana, żebyś natychmiast odpłynął.
Robert Kurtis poprzestał na ruszeniu ramionami. Potem zwracając się do pana Letourneur i do mnie, rzekł:
— Zdejmę wysokość, jak tylko słońce się ukaże, a wtedy dowiemy się, na który punkt Atlantyku burza nas zaniosła.
Kurtis rozdał żywność pasażerom i załodze. Przydała się nam w istocie, byliśmy bowiem wycieńczeni głodem i trudami. Każdy więc ze smakiem zjadł podany kawałek suchara i suszonego mięsa. Potem rozpoczęto