Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mówiąc to Robert Kurtis zmarszczył kilkakrotnie brwi i potarł ręką czoło; sądzę, że nie mówi wszystkiego, co myśli.
— Jednakże panie Kurtis dziś mamy siódmego października, zbyt więc już późno na to, ażeby w tym roku szukać nowych dróg. Nie mamy ani dnia do stracenia, jeżeli chcemy dojechać do Europy zanim się zerwą nawałnice.
— Tak, panie Kazallon, ani jednego dnia.
— Racz mi wybaczyć panie Kurtis niedyskretne pytanie, chciałbym jednak wiedzieć zdanie pańskie o kapitanie Huntly.
— Ja myślę — odrzekł porucznik — ja myślę, że to jest... mój kapitan!
Zaniepokoiła mnie ta ostrożna odpowiedź. Robert Kurtis nie mylił się wcale. Około trzeciej majtek czuwający na bocianiem gnieździe zawołał: »Ziemia pod wiatrem, na północo-zachód«, dotąd jednak zaledwie rozróżnić ją można było jako lekką mgłę.
Około szóstej wyszedłem na pokład w towarzystwie Letourneurów, ażeby przypatrzyć się Bermudom.
Otoczone łańcuchem skał, wznoszą się one bardzo mało nad poziom morza.
I to jest ten zaczarowany archipelag, ta grupa malownicza, którą wasz poeta, panie Kazallon, Tomasz Moore wychwalał w swoich