Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy dzień się ukazał, ciało zupełnie ostygło. Spieszyłem się... tak jest, spieszyłem się wrzucić je w morze. Prosiłem Roberta Kurtis, ażeby ani dopomógł spełnić ten smutny obowiązek. Ciało zawinięte w resztki podartego ubrania wrzucimy w wodę, z której już nigdy nie wypłynie.
Jak tylko zaczęło świtać, Robert Kurtis i ja przejrzeliśmy kieszenie zmarłego i zachowaliśmy różne drobiazgi, aby je oddać biednej matce, jeżeli cudem zostaniemy ocaleni. Przytem czynność tę odbywaliśmy bardzo ostrożnie, aby nas z załogi nikt nie spostrzegł. Kiedy poprawiałem ubranie, mające służyć za całun nieboszczykowi, mimowolnie wyrwał mi się okrzyk zgrozy.
Brakowało prawej nogi, którą ktoś w nocy odciął. Któż mógł popełnić taką profanacyę? Widocznie podczas nocy na chwilę zasnąłem i zbrodniarz skorzystał z tego.
Robert Kurtis spogląda naokoło okropnym wzrokiem, na pokładzie jednak wszystko spokojnie, ciszę przerywają tylko jęki zgłodniałych. Może nas szpiegują. Spiesznie więc rzućmy szczątki w morze, ażeby uniknąć okropniejszych jeszcze scen. Zmówiwszy kilka modlitw, wrzuciliśmy trupa w morze, które natychmiast go pochłonęło.
— Do kroćset piorunów! — rekinów do-