Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Kochlearia”, której własności antiskorbutowe chroniły ich od tej choroby.
Wprawdzie zima nie była tam lekką; obok silnych mrozów, gwałtowne wichry i burze antarktyczne dały by im się boleśniej we znaki, gdyby nie skóry ubitych zwierząt, które im pewną stanowiły ochronę.
Tak mijał rok za rokiem. Nadzieja powrotu poczęła słabnąć. Zbudować łódź podobną do tych, jakich używali krajowcy i puścić się na morze, aby przepłynąć koło biegunowe, byłoby wielkiem szczęściom dla nich — cóż, kiedy oprócz swych kieszonkowych noży, nie posiadali innych narzędzi. Smutna rezygnacyu została im jedynie, szczęśliwym o tyle jeszcze, że wszyscy żyli razem. Aż nagle w miesiącu maju roku zeszłego, ubył im jeden towarzysz. Było to w czasie licznego przypływu lodowców, gdy Waterson wyszedłszy nad morze, dla połowu ryb, nie wrócił więcej. Nie wiedziano co się z nim stało. I czy Waterson wypadkiem czy umyślnie odpłynął na lodowcu, miało na zawsze pozostać dla nas tajemnicą.
Stratę ukochanego towarzysza odczuł głęboko Wiliam Guy. Ale nieszczęście rzadko przychodzi samo. W kilka miesięcy później gwałtowne trzęsienie ziemi zatracając prawie ślad sąsiednich wysp, zburzyło Tsalal i zniszczyło na niej wszelkie życie. Obawa powtórzenia się katastrofy, opanowała rozbitków. To też gdy fala w parę dni później przyniosła pustą łódź krajowców, Wiliam Guy uległ życzeniu pięciu swych towarzyszy i zabrawszy żywności ile tylko było można, wypłynęli na morze. Pora jednak okazała się źle wybraną. Prawdopodobnie w skutek owego trzęsienia, morze było strasznie wzburzone, a silny wiatr północny dął tak, iż oprzeć się mu nie było sposobu. Długie tygodnie płynęli, nie napotkawszy nigdzie lądu, aż wreszcie niedawno wyczerpani, z resztkami już tylko zapasów, dostali się na ziemię leżącą po dru-