Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


była równą, jak morze. Można było przypuścić, iż jest to ogromny zamarznięty staw. Jadąc wciąż w prostej linii, napotkają rzekę Platte, przebędą ją jednakże bez trudności, gdyż była zamarzniętą. Dotychczas podróż szła doskonale, można się było tylko dwóch rzeczy obawiać: uszkodzeń sani, lub ustania wiatru. Ale wiatr nie ustawał. Przeciwnie, dął z taką siłą, iż zginał maszt przytrzymywany mocno metalową blachą i żelaznymi drągami. Druty te, podobne do strun instrumentów, dźwięczały jakąś żałosną skargą, jakby za dotknięciem smyczka.
Sanie szybowały przy dźwiękach tej dziwnej melodyi.
— Te struny dają kwintę i oktawę — rzekł pan Fogg.
Były to jedyne słowa, które wymówił przez cały czas trwania przeprawy. Pani Aouda, troskliwie owinięta w futra i pledy, była o ile możności zabezpieczoną od zimna.
Co do Obieżyświata, to z twarzą czerwoną od mrozu, wchłaniał w siebie ostre powietrze. Dzięki swej szczęśliwej naturze, nadzieja, iż wszystko skończy się pomyślnie, powróciła mu w zupełności. Zamiast przybyć do New-Yorku rano, przybędą wieczorem, można jednakże być prawie pewnym, iż stanie się to jeszcze przed odjazdem statku do Liverpolu.