Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nami — Wszak maszynista zapewnia, iż przejedziemy.
— Bezwątpienia — zapewnił Obieżyświat — ale przezorność każe...
— Co przezorność każe! — wrzasnął pułkownik. — Całą siłą pary, mówię panu, rozumiesz? Całą siłą pary.
— Ależ wiem, rozumiem — powtórzył Obieżyświat, nie mogąc przyjść do słowa.
— Ale byłoby, jeśli nie przezornem, to więcej naturalnem.
— Jak? kto? kiedy? Czego ten tu chce ze swoją naturalnością? — krzyczano zewsząd.
— Boisz się pan? — zapytał go pułkownik.
— Co, ja się mam bać — oburzył się Obieżyświat. — A więc dobrze. Wsiadam... pokażę wam, że Francuz umie również ryzykować, jak Amerykanin.
— Siadać, siadać! — wołał konduktor.
— Tak, siadajmy — powtórzył Obieżyświat — do wagonu, ale nikt mi nie zabroni pomyśleć, że byłoby rozsądniej przejść most pieszo i prowadzić pociąg za nami.
Nikt nie słyszał tej mądrej uwagi i nikt nie przyznał jej słuszności.
Pasażerowie powsiadali, Obieżyświat zajął w milczeniu swoje miejsce, nie opowiadając, co się stało. Gracze byli zatopieni w wiście.
Lokomotywa gwizdnęła potężnie.