Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Innym znów razem Obieżyświat, nie mogąc się powstrzymać, poszedł jeszcze dalej.
— Czyżby z chwilą przybycia do Hong-Kongu, panie Fix — spytał go raz ironicznie — mielibyśmy stracić pańskie towarzystwo?
— Jeszcze nie wiem... — odparł mocno zaambarasowany agent.
— Ach — rzekł Obieżyświat — gdyby pan z nami pozostał, byłoby to dla nas prawdziwem szczęściem: agent towarzystwa, do którego pan się zaliczasz, nie zatrzymuje się w połowie drogi. Jechałeś pan do Bombayu, a otóż jesteśmy już w Chinach, Ameryka już blizko, a z Ameryki do Europy, to wszak jeden krok tylko.
Fix uważnie spojrzał na Obieżyświata, ale niewinna mina sługi pana Fogg uspokoiła go. Zaśmiał się z konceptu Obieżyświata, który, wpadłszy w dobry humor, żartował dalej:
— A dużo przynosi panu pańskie rzemiosło?
— Tak i nie — odparł Fix bez wahania — są dobre i złe interesy. Ale pan pojmujesz, iż nie podróżuję na własny koszt.
— Nie wątpię o tem na chwilę — zawołał Obieżyświat, śmiejąc się na całe gardło.
Po skończonej rozmowie agent udał się do swojej kajuty i począł rozważać: Obieżyświat odgadł w nim agenta, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Ale czyż uprzedził o tem swego