Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodźmy — rzekł pan Fogg do swego sługi.
— Ale niechże mi przynajmniej zwrócą buciki — krzyknął wściekły z gniewu Obieżyświat.
Zwrócono mu takowe.
— O, drogo kosztują — mruczał do siebie i szedł z posępną miną za swym panem, który pod rękę prowadził panią Aoudę.
Fix miał nadzieję, iż złodziej nie zgodzi się nigdy na stratę tak dużej sumy i karę swą odsiedzi, w każdym jednak razie szedł za nim krok w krok, oka z niego nie spuszczając.
Pan Fogg zawołał dorożkę i kazał się zawieźć do przystani. O milę od brzegu na wodzie z opuszczoną kotwicą stał statek »Rangoon«, a wywieszona flaga zwiastowała prędkie odbicie od brzegu. Była dopiero jedenasta, pan Fogg miał więc jeszcze godzinę czasu. Wyszedłszy z doróżki, wsiadł do łódki, która go wraz z towarzyszami dowiozła do statku. Na ten widok agent tupnął nogą.
— A nicpoń! — zawołał. — Ucieka, rzucając na marne 1000 funtów. Rozrzutny, jak złodziej. Ale ja cię złapię, ptaszku, choćbym cię miał ścigać na koniec świata. Oby tylko skradzione pieniądze nie za prędko się rozeszły.
Obawa Fixa miała pewną podstawę. Pan Fogg od wyjazdu swego z Londynu na po-