Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodźcie — rzekł cicho przewodnik.
Nasi znajomi, poprzedzani przez Parsa, poczęli się przesuwać przez wysoką trawę. Cisza panowała głęboka. Po paru chwilach w miejscu, gdzie las się przerzedzał, przewodnik się zatrzymał. Kilka pochodni oświecało to miejsce.
Jak na polu bitwy, podobni do trupów, leżeli na ziemi w głębokiem pogrążeni upojeniu, mężczyźni, kobiety i dzieci. Tu i owdzie odzywały się jęki.
W głębi, w masie drzew, zarysowała się świątynia Pilaji. Ale ku największemu rozczarowaniu przewodnika, straż z orężem w ręku strzegła drzwi świątyni. Można było przypuścić, iż kapłani wewnątrz czuwali także. Widząc niemożliwość dostania się do wnętrza, śmiałkowie nasi zawrócili i, stojąc w cieniu, cicho rozmawiali.
— Poczekajmy — rzekł generał — dopiero godzina ósma, być bardzo może, iż straż pogrąży się we śnie.
— To bardzo możliwe — odparł Pars.
Phileas Fogg wraz z towarzyszami umieścili się na pniach drzew i wyczekiwali. Jakże nieskończenie długo wlókł im się czas. Przewodnik od czasu do czasu oddalał się, by zbadać sytuacyę. Straż ciągle czuwała i trudno było przypuścić, iż zaśnie kiedykolwiek. Trzeba