Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Po upływie dwóch godzin przewodnik wszedł do lasu i w gęstym jego cieniu miano przejść mil kilka. Dotychczas podróż odbywano bez żadnych przeszkód i sądzono, iż tak będzie do końca, gdy wtem słoń się zaczął niepokoić i w końcu stanął, nie chcąc iść dalej. Była to właśnie godzina czwarta.
— Co się stało? — spytał pan Cromarty, wysuwając się ze swego siedzenia.
— Nie wiem — odparł Pars, przysłuchując się szmerowi, wychodzącemu z gęstwiny leśnej. W kilka chwil później szmer ten stał się wyraźniejszym. Dało się słyszeć coś w rodzaju koncertu, jeszcze bardzo oddalonego, złożonego z głosów ludzkich i instrumentów miedzianych. Obieżyświat zamienił się cały w słuch i wzrok.
Pan Fogg czekał cierpliwie, nie wymawiając słowa; Parsi zeskoczył na ziemię, przywiązał słonia do drzewa i zapuścił się w głąb lasu.
Po kilku chwilach powrócił.
— Procesya braminów — rzekł — zbliża się ku nam. Jeśli jest możliwem, ukryjmy się.
Przewodnik zaprowadził słonia w gąszcz, prosząc podróżnych, by nie schodzili na ziemię. Sam zaś był przygotowanym w razie potrzeby wskoczyć na swe siedzenie i uciec.
Sądził jednakże, iż pochód wiernych, dzięki