Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na pokładzie; nic go nie obchodziło to Morze Czerwone, ta arena tylu scen historycznych, tak bogata we wspomnienia. Nigdy go nie zaciekawił widok malowniczych miast, rozsypanych po jego brzegach. Nie myślał nawet o niebezpieczeństwach, jakie przedstawiała zatoka arabska, o której starożytni historycy opowiadali z przerażeniem. Cóż więc robił ten oryginał dobrowolnie więziony na »Mongolii«? Otóż jadał cztery razy dziennie, potem grywał w wista. Znalazł trzech partnerów: jakiegoś poborcę podatków, jadącego objąć posadę w Goa, ministra Decimusa Smith, wracającego do Bombayu i generała wojsk angielskich, którego oddział stał w Benares.
Panowie ci, jak i pan Fogg, byli namiętnymi amatorami wista; grywali więc z zapałem całemi godzinami. Co się tyczy Obieżyświata, ten pędził na statku życie bardzo wygodne. Miał swoją kajutę, jadł i pił należycie, nie wiedząc nic o morskiej chorobie.
Ostatecznie zgodził się już ze swoim losem, podróż w takich warunkach nie była mu wcale przykrą, przytem w duchu był przekonanym, iż podróż na Bombayu się zakończy.
Nazajutrz po wyjeździe z Suezu, t. j. dnia 29 października, Obieżyświat, wyszedłszy na pokład, spotkał znajomego z Suezu.
— Jeżeli się nie mylę — rzekł do niego —