Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bo następnego zaraz dnia Altamont ujrzał wyraźnie na horyzoncie rysujący się żagiel. Wiadomo jakie męczarnie znoszą czekający na zbliżenie się dojrzanego w dali okrętu, ile przechodzą obaw aby ich nadzieja nie zawiodła. Okręt zdaje się to zbliżać, to oddalać naprzemian, a czekający cierpią w tych przejściach z nadziei do rozpaczy. Zbyt często niestety się zdarza, że gdy rozbitki mają się za ocalonych, dojrzany okręt oddala się i niknie na widnokręgu.
Doktór i jego towarzysze doznali tego wszystkiego. Dowlekli się oni do samego krańca lodu, popychając lub ciągnąc jedni drugich, i z tamtąd wołali na statek, który nie posłyszawszy ich wołania, znikł im znowu z oczu.
Wtedy to doktór wiedziony ostatniem natchnieniem tego gieniuszu pomysłowego, który im aż dotąd tak częste w podróży wyświadczał usługi, spostrzegłszy nadpływającą ogromną bryłę lodu zawołał na swych towarzyszy.
— Siadajmy! siadajmy coprędzej!
Myśl ta jak błyskawica przebiegła umysły.
— Ah doktorze, doktorze! wołał Johnson całując go po ręku.
Bell z Altamontem pobiegli do sań, wyrwali z nich jeden słupek, ustawili go na lodzie jak