Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bo szczątki tu i owdzie znajdowane wskazywały jawnie, że ci nieszczęśliwi karmili się trupami ludzkiemi, może nawet drgającem ciałem towarzyszów. Doktór poznał Shandona i Pena i innych niegdyś do osady Forwarda należących; widać że im zabrakło sił i żywności, szalupa zapewne rozbiła się gdzie w przepaści śród śniegów, nie mogli przeto korzystać a morza oczyszczonego z lodów. Może też i zabłądzili w tych okolicach nieznanych. Zresztą, ludzie zbiegli w imie buntu, nie mogli długo pozostać w jedności tak niezbędnie potrzebnej do spełnienia wielkich przedsięwzięć. Shandonowi zapewne wkrótce wypowiedzieli posłuszeństwo, bo naczelnik buntowników wątpliwą mógł mieć nad niemi władzę.
Ta gromadka ludzi widocznie okropne przetrwać musiała cierpienia i niepokoje, zanim przyszła do tego okropnego stanu; lecz tajemnica ich nieszczęść na zawsze pogrzebaną została pod śniegiem podbiegunowym.
— Uchodźmy! uchodźmy ztąd! wołał doktór.
I odciągnął od tego strasznego miejsca swych towarzyszy, którym trwoga dała tyle energii na chwilę, że mogli coprędzej wracać do swego stanowiska.