Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z zaprzęgu zdechły w skutek zupełnego sił wyczerpnięcia.
Obrano sobie stanowisko i rozłożono się pod dużą bryłą lodu, na mrozie dziewiętnasto-stopniowym; nikt nie miał siły do rozbicia namiotu.
Zapasy żywności zmniejszyły się niezmiernie i pomimo zaprowadzenia najściślejszej oszczędności, nie mogły wystarczyć dłużej jak na tydzień. Zwierzyna stawała się coraz rzadszą, ptastwo bowiem odlatywało do cieplejszych klimatów. Śmierć głodowa groziła więc nieszczęsnym ofiarom.
Altamont okazujący ciągle najwięcej poświęcenia i prawdziwe zaniedbanie samego siebie, postanowił sprobować szczęścia na polowaniu, żeby dostarczyć żywności swym towarzyszom. Wziął przeto strzelbę, zawołał Duka i puścił się na płaszczyzny północne; doktór, Bell i Johnson z obojętnością prawie patrzyli jak ich opuszczał. Przez godzinę przeszło ani jednego nie usłyszeli wystrzału; wkrótce potem powrócił Altamont jakby czemś przestraszony.
— Cóż tam znowu? zapytał doktór.
— Tam! pod śniegiem! jąkał Altamont, wskazując pewien punkt na widnokręgu.
— Co takiego?
— Cała gromada ludzi!....