Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Szalupa szybko się posuwała, robiąc niekiedy po sześćdziesiąt, do sześćdziesięciu pięciu mil na dobę. Nie zatrzymywano się ani na chwilę, wiedziano bowiem o ile trudniejszą i przykrzejszą byłaby podróż lądem, bo ciasne tamtejsze morza niedługo już miały zamarznąć; lody tu i owdzie już się ukazywać zaczynały. Pod tą szerokością geograficzną przejście z lata do zimy następuje szybko; niema tam wiosny, ani jesieni. Trzeba więc było pośpieszać.
Dnia 31-go lipca niebo przy zachodzie słońca było bardzo czyste, i wtedy podróżni spostrzegli pierwsze gwiazdy w konstelacyach zenitu; lecz od tej chwili powstała bardzo gęsta i nieustająca mgła, która ważną w podróży stanowiła przeszkodę.
Doktór mocno był zaniepokojony tak raptownem zbliżaniem się zimy; wiedział on z jakiemi trudnościami walczyć musiał sir John Ross, zanim się dostał na morze Baffińskie, po opuszczeniu swego okrętu. Po pierwszej próbie czy mu się nie uda przejść po lodach, musiał powrócić do swego statku i czwarte jeszcze wytrzymać zimowisko; ale miał schronienie na przykrą porę, oraz zapasy żywności i paliwa.